czwartek, 27 października 2011

Kupię sobie lalkę, żeby nie zajść w ciążę.

Kiedy jestesmy dziećmi wszystko jest jakieś łatwiejsze. Oglądam filmy z mojego dzieciństwa i wspominam jak proste i beztroskie było moje zycie- piękne wspomnienia, i jakieś magiczne obrazy przewijające się przez moje myśli. Mam różne wspmnienia. Nie wszystkie były dobre, zwłaszczaa te z późnego dzieciństwa jak zaczęłam chodzić do szkoły. Już wtedy zaczęło się robić niebezpiecznie groźnie. Już wtedy zaczęłam obmyślać plan jak przetrwać. Ale wtedy, gdy byłam jeszcze bardzo mała wszystko było idealne. Chodziłam sobie po świecie ze swoim bratem bliźniakiem i uważaliśmy, że wszystko należy do nas. A teraz? Teraz chodzenie po świecie jest tak przykre, że za każdym kolejnym krokiem mam nadzieje, że zrobie tysiące kroków w tył i znów będę w świecie, gdzie nie muszę martwić się o nic. Jest też inna myśl- że nagle wszyscy zrobią się dla mnie mili i nie będą śmiali sie z tego co robię- bo to najbardziej dobija. Jestem przewrażliwiona? Tak, wiem. 


Na Madagaskarze uważają, że los każdego człowieka zależny jest od tego, w jakim dniu i o jakiej godzinie się urodził. Jeżeli jego narodziny miały miejsce o niepomyślnej porze, nad jego życiem zawsze będzie krążyć złe przeznaczenie. Uwolnić go może tylko wcześniejsze wywołanie zła, teatralne zagranie tego co jest mu pisane. 


Przykład I
Człowiek, który urodził się pierwszego dnia drugiego miesiąca (lutego),  gdy tylko dojdzie do wieku dojrzałego, jego dom spali się. Aby do tego nie doszło, jego rodzina i przyjaciele, wtedy gdy jest jeszcze dzieckiem budują szałas w polu, i zamykają w nim dziecko i matkę. Wtedy podpalają szałas, i w ostatniej chwili uwalniają ich.


Przykład II
Jako, że listopad jest miesiącem łez, człowieka który urodził się w tym miesiącu (jesienną porą) czeka smutne żcyie. Aby temu zapobiec wystarczy zdjąć z kipiącego garnka pokrywkę i wymachiwać nią. Wtedy krople, które spadają z pokrywy symbolizować będą łzy człowieka, w ten sposób jego przeznaczenie zostanie oszukane.


Wczoraj miałam urodziny. Miesiąc październik- równie deszczowy. Czy moje życie jest smutne? Nie wiem. Bo nie wiem jak wygląda życie innych. 

środa, 12 października 2011

Różnorodność kultur, czyli jak Szekspir przetrwa w buszu



Jak bardzo jeden człowiek może być różny od drugiego? No właśnie... zdaje się, że bardzo i chyba pora się nad tym zastanowić.  No bo przecież to, że natura ludzka sama w sobie jest jedna, to nie znaczy, że i kultura wywodzi się z jednego źródła. W pojęciu kultura mam teraz na myśli wychowanie, ale o szerokim znaczeniu tego słowa wspomnę później.

Wracając dziś z uczelni usłyszałam słowa, które mocno utkwiły mi w pamięci i odruchowo zaczęłam na bieżąco przemyślać to, co usłyszałam.  Zacznę jednak od tego, że mocno padał deszcz, tak więc większość studentów, aby dotrzeć do domów wybrała komunikację miejską; - ja również. Po jakimś czasie do tramwaju wsiadła kobieta, która głośno zaczęła komentować ilość osób, które przecież tak jak ona wracały do domów(!) Mówiła do swojej towarzyszki, że "nie lubi jak ta młodzież wraca tramwajami ze szkół". Nie podała jednoznacznego powodu, po prostu nie lubi. I teraz uwaga! Słowa kierowane do szanownej starszej, i z pewnością bezskrupulatnej pani z tramwaju: Uprzejmie proszę nie osądzać ludzi po tym, jak być może zachowują się ich rówieśnicy etc. To, że istnieje młodzież, która rzeczywiście nie należy do zbyt uprzejmych i przyjemnych, nie oznacza teraz, że każda napotkana osoba ma odpowiadać za głupotę innych. No bo co zrobili pani studenci?! Nic! Zawsze ustępuję miejsca starszym! Zawsze jestem dla nich miła! I czemu mam słuchać o tym, jacy to my jesteśmy źli? Jadąc na uczelnie, spędzam w tramwaju prawie godzinę i codziennie jestem świadkiem, że każdy, na prawdę każdy ustępuje starszym miejsca! I tutaj być może logicznym byłoby rozpoczęcie dyskusji o tym, dlaczego nie możemy personalnie, a nie ogólnie oceniać innych, ale zrobię inaczej. Pytanie: Co decyduje o tym jak interpretujemy rzeczywistość? Dlaczego jedni starsi ludzie mogą jechać spokojnie tramwajem, a inni nie mogą powstrzymać się od nieuzasadnionych komentarzy? Dlaczego niektórzy ludzie widzą rzeczywistość w jednych barwach, a inni w drugich. Dlaczego czytając ten sam tekst, odbieramy go w inny sposób. No właśnie, odpowiadam: Bo cały zarys świata odbieramy w kategoriach ustosunkowanych do naszego światopoglądu, kultury. 


Rozwinięcie w tekście Laury Bohennan "Szekspir w buszu"



Jeszcze przed wyjazdem z Oxfordu do plemienia Tiw w Afryce Zachodniej rozmawiałam o sezonie teatralnym w Stratfordzie. „Wy Amerykanie – powiedział mój przyjaciel – często macie trudności z Szekspirem. Mimo wszystko był on bardzo angielski i nie rozumiejąc realiów, można źle interpretować to, co zdaje się nam, iż jest uniwersalne.”
Zaprotestowałam, bo przecież natura ludzka jest na całym świecie prawie taka sama. W każdym razie główny tok akcji i motywacje wielkich tragedii jasne są zawsze i wszędzie, chociaż pewne szczegóły obyczajowe mogą wymagać wyjaśnień, a inne sprawiać kłopoty przy tłumaczeniu. Naszego sporu nie mogliśmy doprowadzić do końca. Mój przyjaciel dał mi tekst Hamleta, abym go mogła przestudiować w afrykańskim buszu. (...)
Była to moja druga podróż badawcza do tego plemienia i myślałam, że jestem przygotowana do życia w jednej z najbardziej odległych części terytorium, trudnego do przebycia nawet pieszo. Osiedliłam się na wzgórzu zamieszkałym przez bardzo mądrego starca, przewodzącego około stu czterdziestu ludziom. 
(...) Pewnego dnia wczołgałam się do chaty starca przez niski otwór wejściowy i znalazłam tam stłoczoną większość mężczyzn z wioski, siedzących w obszarpanych ubraniach na stołkach, śpiących na deskach i zestawionych krzesłach. Ogrzewali się przed chłodem deszczu, zgromadzeni wokół dymiącego ogniska. W środku stały trzy dzbany z piwem. Uczta się rozpoczęła.
Starzec serdecznie mnie pozdrowił. „Usiądź i napij się.” (...) „Powinnaś częściej przesiadywać z nami i popijać. Twoi słudzy mówią mi, że kiedy nie jesteś z nami to siedzisz w swojej chacie i patrzysz na papier.” (...) Pośpiesznie wyjaśniłam, że mój „papier” to jedna z „dawnych opowieści” z mojego kraju. „Aha – powiedział starzec – opowiedz ją nam.” (...)
Protestowałam na próżno. Tego ranka chcieli usłyszeć opowieść podczas picia. Zagrozili, że nie będą mi więcej opowiadali swoich opowieści, dopóki nie opowiem im jednej z moich. W końcu starzec obiecał, że nikt nie będzie krytykował mojego stylu „ponieważ wiemy, że masz kłopoty z naszym językiem.” „Ale – dodał inny – musisz wyjaśnić czego nie będziemy rozumieć, tak jak my czynimy opowiadając Tobie nasze opowieści.” Zgodziłam się, zdając sobie sprawę, że powstaje szansa, aby udowodnić powszechną zrozumiałość Hamleta. 
Zaczęłam we właściwym stylu. „Rzecz wydarzyła się nie wczoraj, nie wczoraj, lecz dawno temu. Pewnej nocy trzech mężczyzn trzymało straż wokół domostwa wielkiego wodza, gdy nagle spostrzegli byłego wodza zbliżającego się ku nim.”
„Dlaczego nie był on już ich wodzem?”
„To był zmarły – wyjaśniłam – i dlatego strażnicy byli zakłopotani i przerażeni, kiedy go zobaczyli.”
„Niemożliwe” – zaczął jeden ze starców, przekazując fajkę sąsiadowi, który wtrącił – „Oczywiście to nie był zmarły wódz. To był omen wysłany przez czarownicę. Opowiadaj dalej.”
Lekko zdetonowana kontynuowałam: „Jednym z tych trzech mężczyzn był człowiek znający się na rzeczy” – nie zdawałam sobie sprawy z tego, że określenie takie mogło oznaczać nie tylko kogoś uczonego, mądrego, ale i czarownika. Drugi ze starców spojrzał tryumfująco na pierwszego. Ciągnęłam dalej. „Więc on odezwał się do zmarłego wodza: Powiedz nam, co musimy uczynić, ażebyś ty mógł odpocząć w swoim grobie? Jednak zmarły wódz nie odpowiedział. Zniknął i więcej już go nie widzieli. Człowiek znający się na rzeczy, który nazywał się Horacjo, powiedział, że to znak dla syna zmarłego wodza – Hamleta.”
Wywołało to powszechne potrząsanie głowami siedzących wkoło. „Czy zmarły wódz nie miał żyjących braci? Czy też ten syn był wodzem?”
„Nie – odparłam – to znaczy, miał on żyjącego brata, który został wodzem, kiedy starszy brat zmarł.”
Starzec zamamrotał, taki omen to sprawa wodzów i starszyzny, nie młodzieńców; nic dobrego nie mogło przynieść mówienie czegoś za plecami wodza; stało się jasne, że Horacjo nie był człowiekiem znającym się na rzeczy.
„Ależ tak, był” – nalegałam, przepłaszając kurczaka od mojego piwa. „W naszym kraju syn jest następcą ojca. Młodszy brat zmarłego wodza został wielkim wodzem. Poślubił także wdowę po swoim starszym bracie zaledwie około miesiąca po pogrzebie.”
„Dobrze zrobił” – starzec rozpromienił się, oznajmiając to pozostałym. „Mówiłem ci, że gdybyśmy wiedzieli więcej o Europejczykach to okazałoby się, że są bardzo do nas podobni. Także w naszym kraju – dodał – młodszy brat poślubia wdowę po starszym bracie i zostaje ojcem jego dzieci. Jeśli twój wuj poślubi twoją owdowiałą matkę i jest bratem twojego ojca, to będzie prawdziwym ojcem dla ciebie. Czy ojciec Hamleta i wuj mieli wspólną matkę?”
Ledwie zauważyłam pytanie. Byłam zbyt zmartwiona i wytrącona z równowagi widząc, że jeden z najważniejszych elementów Hamleta wypadł z obrazu całości. Raczej niepewnie powiedziałam, że myślę, iż mieli oni tę samą matkę, ale nie jestem tego pewna, bo nie ma na to odpowiedzi w samej opowieści. Starzec powiedział na to surowo, że te genealogiczne szczegóły powodują duże różnice i kiedy powrócę do domu, muszę zapytać o to starszych. Krzyknął na zewnątrz na jedną ze swoich młodszych żon, aby przyniosła mu jego torbę z koźlej skóry.
Zdecydowana ocalić, co tylko można z motywu matki, wzięłam głęboki oddech i znowu zaczęłam. „Syn Hamlet był bardzo smutny ponieważ jego matka tak szybko ponownie wyszła za mąż. Nie musiała tego czynić. Mamy taki zwyczaj, że wdowy nie wychodzą za mąż po raz kolejny, dopóki nie spędzą dwóch lat w żałobie.”
„Dwa lata to za długo” – sprzeciwiła się żona, która właśnie pojawiła się z torbą starca, wykonaną z koziej skóry. „Kto będzie pracował na twojej farmie, jeśli nie masz męża?”
„Hamlet – odpowiedziałam szorstko, bez zastanowienia – był wystarczająco dorosły, aby samemu uprawiać gospodarstwo swojej matki. Nie było potrzeby, aby ponownie wychodziła za mąż.” Nikt nie wyglądał na przekonanego. Dałam za wygraną. „Jego matka i wielki wódz powiedzieli Hamletowi, aby nie był smutny, ponieważ sam wielki wódz będzie ojcem dla Hamleta. Co więcej, Hamlet byłby następnym wodzem i dlatego musi się nauczyć spraw dotyczących wodza. Hamlet zgodził się zostać, a wszyscy pozostali wyruszyli, żeby napić się piwa.”
Gdy zamilkłam zmieszana, zastanawiając się, jak przekazać przepełniony rozgoryczeniem monolog Hamleta słuchaczom przekonanym, że Klaudiusz i Gertruda zachowywali się w jak najlepszy sposób, jeden z młodszych zapytał mnie, kto poślubił pozostałe żony zmarłego wodza. 
„On nie miał innych żon” – odparłam mu. 
„Ale wódz musi mieć wiele żon! Jak inaczej może warzyć piwo i przygotowywać jedzenie dla wszystkich gości?”
Powiedziałam, że w naszym kraju nawet wodzowie mają tylko jedną żonę, i że do wykonywania pracy mają służących, którym płaci się z podatków. Wówczas usłyszałam: 
„Byłoby lepiej dla wodza, gdyby miał wiele żon i synów, którzy by mogli mu pomóc w uprawie gospodarstwa i wykarmić ludzi, wtedy wszyscy by kochali wodza za to, że dużo daje i nic nie bierze. Podatki to zła rzecz.”
Zgodziłam się z ostatnią uwagą, ale co do reszty to zastosowałam ich ulubioną metodę nabijania się z moich pytań: „W ten sposób postępowano i tak my postępujemy.”
Zdecydowałam się opuścić monolog. Nawet, jeśli Klaudiusz miał według nich całkowitą rację poślubiając wdowę po swoim bracie, pozostawał jeszcze motyw otrucia i wiedziałam, że oni nie zaaprobują bratobójstwa. Z większą nadzieją kontynuowałam: „Tej nocy Hamlet trzymał straż wraz z trzema mężczyznami, którzy już widzieli jego zmarłego ojca. Zmarły wódz pojawił się ponownie i chociaż pozostali obawiali się go, Hamlet odszedł ze swym zmarłym ojcem na stronę.”
„Omeny nie mogą mówić!” – Starzec powiedział z naciskiem.
„Zmarły ojciec Hamleta nie był omenem. Widząc go, można było go wziąć za omen, ale on nim nie był.” Moi słuchacze wydawali się być tak zmieszani tym, co powiedziałam, jak i ja sama. „To był zmarły ojciec Hamleta. To było coś, co nazywamy ‘duchem’.” Musiałam użyć angielskiego słowa, ponieważ w przeciwieństwie do wielu sąsiednich plemion, ci ludzie nie wierzyli w przetrwanie po śmierci żadnej części osobowości. 
„Czym jest ‘duch’? Czy to omen?”
„Nie, ‘duch’ jest kimś, kto już nie żyje, ale przebywa wokół i może mówić. Ludzie mogą go słyszeć i widzieć, lecz nie mogą dotknąć go.”
Sprzeciwili się. – „Można dotknąć zombi.”
„Nie, nie! To nie było martwe ciało ludzkie, które czarownice ożywiły, żeby je poświęcić i zjeść. Nikt inny nie mógł spowodować, aby zmarły ojciec Hamleta mógł chodzić. On sam to uczynił.”
„Zmarli nie mogą chodzić” – zaprotestowali. Byłam gotowa na kompromis. „Duch jest cieniem zmarłego.” Ale oni znowu zaprotestowali. „Zmarli nie rzucają cieni.” „Ale w moim kraju tak” – odwarknęłam. 
Starzec stłumił rozmowy powstałe z niedowierzania i powiedział mi z nieszczerą, ale grzeczną zgodą (...) „Bez wątpienia, w twoim kraju zmarli mogą także przechadzać się, nie będąc zombi.”
„Tak czy inaczej – podsumowałam – zmarły ojciec Hamleta powiedział, że jego brat, który został wodzem, otruł go. Chciał, żeby Hamlet go pomścił. Hamlet uwierzył w to głęboko, ponieważ nie lubił brata swojego ojca.” Pociągnęłam łyk piwa. „W kraju wielkiego wodza, w tym samym gospodarstwie, żył pewien ważny starzec, który często udzielał rad i pomagał wodzowi. Nazywał się Poloniusz. Hamlet zalecał się do jego córki, ale jej ojciec i brat... (rzuciłam pośpiesznie jakąś analogię z plemieniem) ostrzegli ją, żeby nie pozwalała na odwiedziny Hamleta, gdy jest sama na farmie, ponieważ on może zostać wielkim wodzem i wtedy by nie mógł jej poślubić.”
„Czemu nie?” – zapytała żona, która przysiadła na brzegu krzesła starca. On zaś zachmurzył czoło słysząc głupie pytanie i warknął: „Żyli w tym samym domostwie.” 
„To nie był powód – poinformowałam ich – Poloniusz był obcym, który żył razem z nimi, ponieważ pomagał wodzowi, a nie dlatego, że był jego krewnym.”
„Dlaczego więc Hamlet nie mógł jej poślubić?”
„Mógł – wyjaśniłam – ale Poloniusz nie sądził, żeby chciał. Mimo wszystko bowiem, Hamlet był człowiekiem mającym wielkie znaczenie i dlatego też powinien był poślubić córkę wodza, ponieważ w jego kraju mężczyzna mógł mieć tylko jedną żonę. Poloniusz obawiał się, że jeśli Hamlet będzie się kochał z jego córką, później nikt inny nie da już za nią wysokiej ceny.”
„Tak mogłoby być – zauważył jeden z bystrzejszych starców – ale syn wodza mógł dać ojcu swej kochanki tyle prezentów i opiekę, że z nadwyżką pokryłoby to różnicę w cenie. Poloniusz wydaje mi się być głupcem.”
„Wielu ludzi sądzi, że nim był – zgodziłam się. W tym czasie Poloniusz odesłał swojego syna Laertesa do Paryża, żeby nauczył się spraw ważnych dla kraju. Należał on do plemienia, którego wódz był rzeczywiście wielki. Ponieważ Poloniusz obawiał się, że Laertes mógłby zmarnować dużo pieniędzy na piwo, kobiety, hazard, czy wpaść w tarapaty walcząc z kim się da, wysłał za nim w tajemnicy do Paryża jednego ze swoich służących, by go szpiegował. Pewnego dnia Hamlet przyszedł do Ofelii, córki Poloniusza. Zachowywał się przy tym tak dziwnie, że ją przestraszył. Rzeczywiście – poszukiwałam słów do wyrażenia domniemanego szaleństwa Hamleta – wódz, a także wielu innych zauważyli, że kiedy Hamlet mówi, można zrozumieć poszczególne słowa, lecz nie to, co one znaczą razem. Wielu ludzi sądziło, że zwariował.” Moja publiczność zaczęła się nagle uważniej przysłuchiwać. „Wielki wódz chciał wiedzieć, co się dzieje z Hamletem, posłał więc po jego dwóch rówieśników (wyjaśnienie wyrażenia ‘koledzy szkolni’ zajęłoby dużo czasu), żeby porozmawiali z nim i odkryli, co go naprawdę dręczy. Hamlet orientując się, że zostali oni przez wodza przekupieni i że go zdradzą, niczego im nie powiedział. Poloniusz zaś utrzymywał, że Hamlet zwariował, ponieważ zabroniono mu widywać Ofelię, którą kochał.”
„Dlaczego? – padło zbijające mnie z tropu pytanie – czy ktoś zaczarował Hamleta?”
„- Tak, tylko czary mogą doprowadzić do szaleństwa, albo gdy widzi się istoty skryte w lesie ...”
Przestałam opowiadać, wyjęłam mój notatnik i zażądałam, żeby mi więcej opowiedziano o tych dwóch przyczynach szaleństwa. Nawet wtedy, gdy mówili a ja notowałam, próbowałam wykalkulować wpływ tego nowego czynnika na akcję. Hamlet nie mógł widzieć istot skrytych w lasach. Tylko jego krewni w linii męskiej mogli go zaczarować. Musiał to być Klaudiusz, jeśli wykluczyć krewnych nie wymienionych. No i tak oczywiście było. 
Na chwilę powstrzymałam pytania, mówiąc, iż wielki wódz także nie dał wiary w to, że Hamlet oszalał tylko z miłości do Ofelii. „Był on pewien, że coś znacznie bardziej istotnego dręczyło serce Hamleta. 
„Rówieśnicy Hamleta – kontynuowałam – przyprowadzili ze sobą słynnego opowiadacza. Hamlet zdecydował użyć tego człowieka do opowiedzenia wodzowi i jego ludziom historii o człowieku, który otruł własnego brata, gdyż pożądał jego żony i sam chciał być wodzem. Hamlet był przekonany, że wielki wódz nie będzie mógł wysłuchać historii nie zdradziwszy się jakimkolwiek znakiem, jeśli rzeczywiście jest winny, i wtedy okaże się, czy jego zmarły ojciec mówił mu prawdę.:
Starzec przerywając zapytał chytrze: „Dlaczego ojciec miałby kłamać swojemu synowi?”
Odpowiedziałam z rezerwą: „Hamlet nie był pewien, czy to naprawdę był jego zmarły ojciec.” – Było bowiem niemożliwe powiedzieć w tym języku cokolwiek o wizjach z diabelskiej inspiracji.
„Masz na myśli – powiedział on – że to właściwie był omen i Hamlet wiedział, że czarownice czasami wysyłają fałszywe omeny. Hamlet był głupcem nie idąc do osoby, potrafiącej tłumaczyć pojawienie się omenów i od razu odkryć prawdę. Jasnowidzący mógłby mu powiedzieć jak umarł jego ojciec, czy rzeczywiście został otruty i czy doszło do tego za sprawą czarów. Wtedy Hamlet mógłby zwołać starszyznę, aby rozstrzygnęli sprawę.”
Przenikliwy starzec odważył się sprzeciwić temu. „Ponieważ brat jego ojca był wielkim wodzem, jasnowidz mógłby się obawiać wyjawienia prawdy. Myślę, że to z tego powodu przyjaciel ojca Hamleta – czarownik i starzec – wysłał omen, żeby syn jego przyjaciela wiedział. Czy był to prawdziwy omen?”
„Tak” – powiedziałam, rezygnując z duchów i diabła. Mogło być tak, że czarownik wysłał omen. „To była prawda, bo kiedy opowiadacz prezentował swoje opowiadania przed wszystkimi, wielki wódz bał się coraz bardziej. Obawiał się, że Hamlet poznał jego sekret i zaplanował go zabić.”
Prezentacja następnego fragmentu przedstawiała niejakie trudności w tłumaczeniu. Zaczęłam ostrożnie. „Wielki wódz powiedział matce Hamleta, żeby dowiedziała się od syna, co on wie. Ale ponieważ dzieci są najważniejsze dla kobiety, ukrył Poloniusza (ważnego starca) za zasłoną wiszącą naprzeciw ściany chaty, w której sypiała matka Hamleta. Sam Hamlet zaczął łajać matkę za to, co uczyniła.” 
Wszyscy zaczęli mamrotać. Człowiek nigdy nie powinien łajać swojej matki.
„Ona krzyknęła z przerażenia i Poloniusz poruszył się za zasłoną. Krzycząc ‘szczur’ Hamlet wyciągnął swoją maczetę i uderzył przez zasłonę.” Zrobiłam pauzę dla efektu dramatycznego. „Zabił Poloniusza!”
Starcy spoglądali na siebie z najwyższym niesmakiem. „Ten Poloniusz rzeczywiście był głupcem i człowiekiem nie znającym się na niczym! Każde dziecko wiedziałoby, że trzeba krzyczeć - ‘to ja!’” Z bólem przypomniałam sobie, że ci ludzie są zapalonymi myśliwymi zawsze uzbrojonymi w łuk, strzały i maczetę. Przy najdrobniejszym szmerze w trawie strzała jest wymierzona w cel, a myśliwy krzyczy ‘Zwierzyna!’. Jeśli żaden ludzki głos nie odpowie, natychmiast strzała zostaje wypuszczona. Jak dobry myśliwy, Hamlet wykrzyknął: ‘Szczur!’
Próbowałam ocalić reputację Poloniusza: „Poloniusz odezwał się, Hamlet go słyszał. Lecz myślał, że to wódz i zapragnął go zabić, aby pomścić ojca. Miał zamiar zabić go wcześniej tego wieczoru...” Załamałam się. Nie byłam w stanie opisać tym poganom, nie wierzącym w jednostkowe życie po życiu, różnicy pomiędzy umieraniem podczas modlitwy, a umieraniem bez opatrzenia świętymi sakramentami.
Tym razem wstrząsnęłam moją publicznością: „Podnieść rękę na brata swojego ojca, który został naszym ojcem – to rzecz przerażająca. Starsi powinni pozwolić zaczarować takiego człowieka.”
Obgryzałam orzech z niejakim zakłopotaniem. Później przypomniałam, że człowiek ten zabił ojca Hamleta.
„Nie – powiedział starzec w mniejszym stopniu do mnie niż do młodzieńca siedzącego ze starcami. – Jeśli brat twojego ojca zamordował twojego ojca musisz odwołać się do rówieśników ojca. Oni mogą go pomścić. Żaden człowiek nie może użyć przemocy przeciwko starszym krewnym.” Po czym dorzucił, uderzony inną myślą: „Ale jeśli brat twojego ojca był rzeczywiście na tyle zły, żeby zaczarować Hamleta i spowodować jego szaleństwo, to byłaby naprawdę dobra opowieść, ponieważ to on byłby winien temu, że Hamlet będąc szalonym, nie miał już dłużej żadnej świadomości i dlatego był gotowy zabić brata swojego ojca.”
Dał się słyszeć pomruk uznania. Hamlet stał się dla nich ponownie dobrą opowieścią, ale dla mnie nie była to już w pełni ta sama historia co wcześniej. Kiedy przemyślałam nadciągające komplikacje fabuły i motywów, straciłam odwagę i zdecydowałam się szybko prześlizgnąć przez niebezpieczny teren. „Wielki wódz – kontynuowałam – nie żałował, że Hamlet zabił Poloniusza. Dało mu to powód do odesłania Hamleta z jego dwoma zaprzedanymi rówieśnikami do wodza dalekiego kraju wraz z listem, mówiącym, że Hamlet powinien zostać zabity. Ale Hamlet zmienił treść listu tak, że wódz zamiast niego zabił jego towarzyszy.” Napotkałam pełne wyrzutów spojrzenie jednego z mężczyzn, któremu powiedziałam kiedyś, że świadome oszustwo jest nie tylko niemoralne, ale i niegodne człowieka. Spojrzałam w drugą stronę. 
„Zanim Hamlet mógł powrócić, Laertes przybył na pogrzeb swojego ojca. Wielki wódz powiedział mu, że to Hamlet zabił Poloniusza. Laertes poprzysiągł zabić Hamleta z tego powodu, oraz z powodu swojej siostry Ofelii, która na wieść o śmierci ojca z ręki ukochanego mężczyzny oszalała i utopiła się w rzece.”
„Czy już zapomniałaś, co ci powiedzieliśmy? – z wyrzutem powiedział starzec. – Nie można mścić się na szalonym; Hamlet zabił Poloniusza w swoim szaleństwie. A jeśli chodzi o dziewczynę, ona nie tylko oszalała, ale i została utopiona. Tylko czarownicy mogą spowodować utopienie ludzi. Sama woda nie może w niczym zaszkodzić. Jest tylko czymś, co można wypić albo w czym się można kąpać.”
 Zaczęłam się niecierpliwić: „Jeśli nie podoba wam się opowieść, mogę przestać.”
 Starzec uspokoił hałas i sam dolał mi piwa: „Dobrze opowiadasz swoją historię i my ciebie słuchamy. Ale to oczywiste, że starszyzna twojego kraju nie wyjaśniła ci prawdziwego znaczenia opowieści. Nie, nie przerywaj! Wierzymy ci, gdy mówisz, że wasze zwyczaje małżeńskie są inne, tak jak wasze ubrania czy broń. Ale ludzie są wszędzie tacy sami; stąd są czarownicy i to my, starsi, wiemy jak czarownicy działają. Powiedzieliśmy ci, że to wielki wódz chciał zabić Hamleta i teraz twoje własne słowa dowiodły naszej racji. Kim byli mężczyźni, krewni Ofelii?”
 „Ona miała tylko ojca i brata.” Hamlet wymknął się całkowicie z moich rąk. 
 „Musiało być ich znacznie więcej: o to także musisz zapytać swoich starszych, kiedy powrócisz do kraju. Wracając do tego, o czym nam opowiadasz, od kiedy nie żyje Poloniusz, Laertes musi być tym, który zabił Ofelię, chociaż nie rozumiem z jakiego powodu.”
 Opróżniliśmy garnek piwa i starzec wywodził dalej, lekko pijany. W końcu ktoś zapytał mnie: „Co powiedział służący Poloniusza na jego powrót?”
Z trudnością przypomniałam sobie Reynaldo i jego misję. „Nie sądzę, żeby on powrócił, nim zabito Poloniusza.”.
„Słuchaj – powiedział starszy – powiem ci jak to było i jaki będzie dalszy ciąg twojej opowieści, potem możesz mi powiedzieć, czy mam rację. Poloniusz wiedział, że jego syn wpadnie w kłopoty i tak się stało. Miał on wiele grzywien do zapłacenia za stoczone walki i długi z hazardu. Ale miał tylko dwa sposoby na szybkie otrzymanie pieniędzy. Pierwszym było natychmiastowe wydanie za mąż swojej siostry, ale trudno jest znaleźć mężczyznę, który poślubi kobietę pożądaną przez syna wodza. Jeśli następca wodza popełni cudzołóstwo z twoją żoną, cóż możesz zrobić? Tylko głupiec wnosi sprawę przeciw człowiekowi, który pewnego dnia będzie jego sędzią. Dlatego Laertes musiał wybrać drugi sposób: zabił swoją siostrę dzięki czarom, topiąc ją i w ten sposób mógł w tajemnicy sprzedać jej ciało czarownikom.”
 Zgłosiłam zastrzeżenie. „Znaleziono jej ciało i pochowano. Laertes rzeczywiście wskoczył do grobu, żeby raz jeszcze zobaczyć swoją siostrę, więc widzicie, ciało było tam naprawdę. Hamlet, który właśnie powrócił, wskoczył tam za nim.”
 „Cóż wam mówiłem? – starzec zwrócił się do pozostałych – Laertes nie działał dla dobra, zajmując się ciałem siostry. Hamlet powstrzymał go, ponieważ dziedzic wodza jak wódz nie życzył sobie, aby jakikolwiek inny człowiek urósł w bogactwo i potęgę. Laertes mógł być zagniewany, ponieważ mogło się okazać, że zabił swoją siostrę bez korzyści dla siebie. W naszym kraju próbowałby zabić Hamleta z tego powodu. Czy nie to się później stało?”
 „Mniej więcej – przyznałam – Kiedy wielki wódz stwierdził, że Hamlet ciągle żyje, zachęcał Laertesa do próby zabicia Hamleta i urządził dla nich walkę na maczety. W walce obydwaj młodzi ludzie zostali śmiertelnie ranni. Matka Hamleta wypiła zatrute piwo przygotowane przez wodza dla Hamleta na wypadek, gdyby wygrał walkę. Umierający Hamlet, widząc otrutą matkę, zdołał jeszcze zabić maczetą brata ojca.”
 „Widzisz, miałem rację!” – wykrzyknął starszy człowiek. 
 „To była bardzo dobra opowieść – dodał inny – i opowiedziałaś ją z niewieloma błędami. Był jednak jeszcze jeden błąd, na samym końcu. Trucizna wypita przez matkę Hamleta była oczywiście przeznaczona dla tego, kto przeżyłby walkę, kimkolwiek by on był. Jeśli by zwyciężył Laertes, wielki wódz otrułby jego, żeby nikt nie wiedział, że to on przygotował śmierć Hamleta. Wówczas nie musiałby się bać czarów Laertesa; groźnych; wielkiej bowiem siły wymaga zabicie przy pomocy czarów jedynej siostry.”
 „Kiedyś – kończył stary człowiek okrywając się szorstką togą – musisz nam przekazać więcej opowieści z twojego kraju. My, starsi już ludzie, przekażemy ci ich prawdziwe znaczenie, więc gdy powrócisz do swojego kraju twoja starszyzna zobaczy, że nie siedziałaś w buszu, lecz wśród ludzi dużo wiedzących, którzy nauczyli cię mądrości.”


Przyczyną zupełnie innego odbioru Hamleta u Afrykańczyków były:  problemy językowe, różnice w wierzeniach, różnice w zwyczajach ,a także różnice w kulturze materialnej. 
To co dla kultury europejskiej było odbierane pozytywnie (np. Hamlet, któremu czytelnik ma powody współczuć) w innej kulturze odbierane są zupełnie inaczej (Hamlet według "dzikiego" społeczeństwa wychodzi tu na totalnego idiotę, a ważne elementy historii tracą wartość, natomiast mniej istotne stają się główną akcją. No bo przecież w omawianej kulturze afrykańskiej męski członek rodziny zmarłego ma obowiązek ożenić się z wdową po swoim bracie czy bratanku. Przecież kobieta nie może zostać sama, kobieta sama się nie utrzyma. No i o co chodziło Hamletowi?  Albo sprawa z duchem... oni nie znają ducha. Omen? Nie, to nie był omen. Zombi? Nie, to nie był zombi. 

Omawiani Afrykańczycy inaczej nauczyli się świata, inaczej go widzą, inaczej dotykają. I tak samo jest ze zwykłymi ludźmi. Nie miejcie mi za złe, że czepiam się staruszki w tramwaju. Nie przywykłam do oskarżeń. Po prostu inaczej zobaczyłam świat, który ona przedstawiła w tak złym obrazie. 



niedziela, 9 października 2011

Bruno Ferrero - opowiadanie "Niewidomy"

Byłem sam w całym przedziale pociągu. Potem wsiadła jakaś dziewczyna - opowiadał pewien niewidomy hinduski chłopiec. - Mężczyzna i kobieta, którzy ją odprowadzali, musieli być jej rodzicami. Dawali jej mnóstwo rad i wskazówek.
Nie widziałem jak wyglądała dziewczyna, ale podobało mi się barwa jej głosu.

- Czy jedzie do Dehra Dun? - pytałem się siebie, kiedy pociąg ruszał ze stacji. Zastanawiałem się, jak mogę nie dać po sobie poznać, że jestem niewidomym. Pomyślałem sobie: jeśli nie będę się ruszał z mojego miejsca powinno mi się udać.

- Jadę do Saharanpur - powiedziała dziewczyna. - Tam wyjdzie po mnie moja ciocia. A pan, dokąd jedzie, można wiedzieć?

- Dehra Dun, a potem do Mussoorie - odpowiedziałem.

- O, jaki pan szczęśliwy! Pragnęłabym bardzo pojechać do Mussoorie. Uwielbiam góry. Szczególnie w październiku, kiedy jest tam pięknie.

-Tak, to najlepszy sezon - odpowiedziałem, sięgając pamięcią do czasów, kiedy jeszcze widziałem. - Wzgórza usłane są dzikimi daliami, słońce jest łagodne, a wieczorem można siedzieć wokół ogniska i rozmyślać popijając brandy. Większa część letników już wtedy odjeżdża, ulice są bezludne i ciche.

Milczała, a ja zadawałem sobie pytanie czy moje słowa zrobiły na niej jakieś wrażenie, czy jedynie myślała, że jestem sentymentalny. Potem popełniłem błąd i zapytałem:
- Jak jest na zewnątrz? Ona jednak w moim pytaniu nie zauważyła nic dziwnego. Czyżby już spostrzegła, że nie widzę? Jednak słowa, które zaraz po tym wypowiedziała, pozbawiły mnie wszelkich wątpliwości.

- Dlaczego pan nie spojrzy w okno? - zapytała mnie z największą naturalnością.

Przesunąłem się wzdłuż siedzenia, starając się z uwagą odszukać okno. Było otwarte, odwróciłem się w jego stronę, robiąc wrażenie, że przyglądam się mijanym widokom. Oczyma wyobraźni widziałem telegraficzne słupy, które przesuwały się w biegu.

- Zauważyła pani - ośmieliłem się powiedzieć - że te drzewa wydają się poruszać?

- Zawsze tak się wydaję - odpowiedziała. Odwróciłem się znów w stronę dziewczyny i przez pewien czas siedzieliśmy w milczeniu. Potem powiedziałem.

- Ma pani bardzo interesującą twarz. Zaśmiała się miło wibrującym i jasnym głosem.

- Przyjemnie to usłyszeć - rzekła. - Nudzą mnie ci, który mówią, że moja twarz jest ładna!

Musisz mieć naprawdę ładną twarz pomyślałem sobie, a po chwili dodałem pewnym głosem:

- Hm, interesująca twarz może być również bardzo piękna.

- Jest pan bardzo miły - powiedziała. - Ale dlaczego jest pan taki poważny?

- Już niedługo będzie pani na miejscu - stwierdziłem dość nieoczekiwanie.

- Dzięki Bogu. Nie lubię długich podróży pociągiem. Ja natomiast byłbym gotów siedzieć tak nieskończenie długo, byleby tylko usłyszeć jak ona mówi. Jej głos posiadał tak srebrzysty dźwięk jak górski strumień. Zaraz po wyjściu z pociągu zapomni pewnie o naszym spotkaniu; ja jednak zachowam ją w swojej pamięci przez pozostałą część podróży a może i dłużej.

Pociąg wjechał na stację. Ktoś zawołał i zabrał ze sobą dziewczynę. Pozostał po nie jedynie zapach. Mrucząc coś pod nosem wszedł do przedziału jakiś mężczyzna. Pociąg ruszył ponownie. Odszukałem po omacku okno i usadowiłem się naprzeciwko wpatrując się w światło, które było dla mnie ciemnością. Jeszcze raz mogłem powtórzyć moją grę z nowym towarzyszem podróży.

- Szkoda, że nie mogę być tak interesującym towarzyszem w podróży, jak to dziewczyna, która dopiero, co wyszła - powiedział do mnie, starając się nawiązać rozmowę.

- To bardzo interesująca dziewczyna - stwierdziłem. - Czy mógłby mi pan powiedzieć... czy jej włosy były długie, czy krótkie?

- Nie pamiętam - odpowiedział zdawkowym tonem.

- Przyglądałem się jedynie jej oczom a nie włosom. Były rzeczywiście piękne! Szkoda, że nie mogły jej do niczego służyć... była niewidoma. Nie zauważył pan tego?

"Uczta" Platona- mit o Androgyne.


[...]
-Tak jest, Eryksimachu - powiedział Arystofanes - ja rzeczywiście chcę inaczej mówic, niżeś mówił ty i Pauzaniasz. Bo mnie się zdaje, że ludzie zupełnie nie pojmują potęgi Erosa. Przecież, gdyby ją rozumieli, największe by jemu byli pobudowali świątynie i ołtarze, i ofiary by mu składali największe, nie tak jak dziś - nic się dziś podobnego nie dzieje, mimo że się to przede wszystkim dziac powinno. Bo to jest największy przyjaciel ludzkości spomiędzy wszystkich bogów, to patron jest i lekarz specjalista od takiej choroby, którą tylko uleczyc potrzeba, a byłoby to największe szczęście dla rodzaju ludzkiego. Ja wam tedy spróbuję objawic potęgę jego - wy zaś innych nauczycielami będziecie! Ale naprzód musicie się zapoznac z naturą człowieka i zaznajomic nieco z dziwnymi jej kolejami. 
Albowiem dawniej natura nasza nie była taka, jak teraz, lecz inna. Bo naprzód trzy były płcie u ludzi, a nie jak teraz, dwie: męska i żeńska. Była jeszcze i trzecia prócz tego: pewien zlepek z jednej i drugiej, po którym dziś tylko nazwa jeszcze pozostała, a on sam znikł z widowni. Obojniakowa płec istniała wtedy, a imię jej i postac złożone były z obu pierwiastków: męskiego i żeńskiego. Dziś jej nie ma, tylko w przezwiskach się to imię wala. Otóż cała postac człowieka kazdego była krągła, piersi i plecy miała naokoło, miała też cztery ręce i nogi w tej samej ilości, i dwie twarze na okrągłej, walcowatej szyi, twarze zgoła do siebie podobne. Obie patrzyły w strony przeciwne z powierzchni jednej głowy. Czworo było uszu, dwie okolice wstydliwe i tam dalej, jak sobie to każdy łatwo podług tego sam wyobrazic potrafi. Chodziło to albo po prostu, tak jak dzisiaj, do woli w jedną albo w drugą stronę, albo, jeśli się taki bardzo śpieszył, robił tak jak ten, co koziołki przewraca i znowu na równe nogi staje; a że miał wtedy człowiek aż cztery pary odnóży, to się też odbijał dobrze i katulał bardzo szybko. A dlatego istniały trzy rodzaje ludzi, i to takie trzy, że męski pochodził od słońca, żeński od ziemi, a zlepek z nich obu od księżyca, bo i księżyc ma w sobie coś z ziemi i coś ze słońca. A krągłe były te figury i kręciły się w kółko skutkiem pewnego podobieństwa do swoich rodziców. Strasznie to były silne istoty i okropnie wolnomyśle, tak że się zaczęły zabierac do bogów i do nich się odnosili to, co Homer mówi o Efialtesie i Otosie, to, że już zaczęli robic schody do nieba, żeby potem bogów napastowac. 
Otóż Zeus i inni bogowie zaczęli się naradzac, co by im uczynic wypadało, i nie wiedzieli. Bo jakoś niesposób im było zabijac czy cały ród ludzki piorunami wystrzelac jak Gigantów - przepadłyby wtedy ofiary i objawy czci ludzkiej - a trudno było pozwolic bluźniercom dalej broic. Dopiero Zeus po namyśle niejakim, a ciężko mu to przychodziło, powiada: "Zdaje mi się, że mam sposób na to: ludzie zostaną przy życiu, a przestaną broic, skoro tylko będą słabsi. Ja ich teraz, powiada, poprzecinam, każdego na dwie połowy, zaraz się ich tym osłabi, a równocześnie będziemy z nich miec większy pożytek, bo ich będzie więcej na ilośc. Niech chodzą prosto, na dwóch nogach. A gdybyśmy uważali, że jeszcze broją i nie siedzą tam cicho, to ja ich znowu na połówki pokraję; niech skaczą na jednej nodze". Rzekł i porozcinał ludzi na dwoje, tak jak owoce na kompot. A co którego rozetnie, zaraz Apollinowi każe obrócic mu twarz i pół szyi w stronę rozcięcia, aby człowiek, zawsze mając to miejsce przed oczyma, był grzeczniejszym niż przedtem, a resztę też kazał wygoic. Więc Apollo twarze im poobracał i pościągał ze wszystkich stron skórę na to, co się dziś brzuchem nazywa, tak jak się  sakiewkę ściąga, a jeden otwór zostawił i zawiązał go na środku brzucha. Ten węzeł dziś nazywają pępkiem. Zresztą wygładził liczne zmarszczki i wymodelował piersi jakimś takim przyrządem, którego szewcy używają, kiedy który gładzi skórę na kopycie. Po takim rozcięciu naturalnych całości tęsknic zaczeło każde za swoją drugą połową, zaczem się rękoma obejmowac poczęli i tak, chcąc się zrosnąc na powrót w uściskach, ginęli z głodu i z zaniedbania wszelkiego, bo nic nie chciało żadne robic bez drugiego. A jeśli kiedy która z połówek umarła, a druga została sama na świecie, zaraz sobie innej poszukac musiała i spleśc się z nią w uścisku, wszystko jedno, czy się trafiła połówka dawnej niewiasty, którą dziś nazywamy kobietą, czy też odcinek dawnego mężczyzny. I tak jedno po drugim ginęło. 
Zaczem się Zeus nad nimi ulitował i nowy sposób wymyśliwszy, na przód im wtydliwe okolice poprzenosił. Bo dotychczas i to nawet mieli nazewnątrz i płodzili nie ku sobie, jak dzisiaj, ale do ziemi strzykali, jak piewiki polne. Poprzenosił im tedy na przód i tak zrobił, że dzisiaj płodzi jedno w drugim, to co męskie, w pierwiastku niewieścim; a to na to, żeby w uściskach nowe życie stwarzali, jeśli meżczyzna natrafi na kobietę, a jeśli mąż na męża natrafi, aby przynajmniej żądzę gasili uściskiem, a wypocząwszy wracali do roboty i dbali o inne sprawy żywota. Więc już od tak dawnych czasów tkwi Eros w naszej naturze i do dawnej chce nas sprowadzac postaci; chce z dwojga ludzi dwną jednośc stwarzac i tak leczyc naturę człowieka.
Więc każdy z nas jest jak kupon od biletu całego, bo każdy powstał, niby ryba płaszczka, wraz z kimś drugim z jakiejś dawnej, jednej istoty. Toteż zawsze każdy z nas swego kuponu szuka. Kogo od całego obojniaka odcięto, ten dzisiaj lubi kobiety, i wielu cudzołożników pochodzi z tego rodu; a podobnie i kobiety, które za mężczyznami poprzepadają, a w łożu nie tylko męża przyjmują. Kobiety odcięte od dawnej żeńskiej istoty nie bardzo dbają o mężczyzn, a więcej się interesują kobietami, i stąd się wywodzą trybadki. Ale ci, których od męskiego odcięto pnia, gonią za męskim rodzajem i już jako mali chłopcy lubią te kupony męskie mężczyzn ściskac na posłaniu; to są najwybitniejsze jednostki pomiędzy chłopcami i młodymi ludźmi, to są najbardziej męskie natury. Niektórzy mówią o nich, że to bezwstydnicy, ale to przecież nieprawda. Bo to nie występuje u nich na tle bezczelności, tylko raczej na tle śmiałości, odwagi i pewnego męskiego zacięcia - kochają przecież to, co do nich samych podobne. Silne za tym i fakty przemawiają. Przecież tacy młodzi panowie, jak tylko który podrośnie, zaraz się poświęca karierze politycznej, a kiedy który jest już dojrzałym mężczyzną, poświęca się wówczas pederastii, niewiele dbając o żonę i o robienie dzieci. W celibacie żyje każdy, a jeden drugiemu wystarcza. Otóż tak w ogólności pederastia i czuła przyjaźń z mężczyznami powstaje w nas na tle przywiązania do tego, co jest nam samym pokrewne. 
A jeśli kiedy taki czy jakikolwiek inny człowiek przypadkiem znajdzie swą drugą połowę, wtedy nagle dziwny na nich czar jakiś pada, dziwnie jedno drugiemu zaczyna byc miłe, bliskie, kochane, tak że nawet na krótki czas nie chcą się rozdzielac od siebie. I niektórzy życie całe pędzą tak przy sobie, a nie umieliby nawet powiedziec, czego jedno chce od drugiego. Bo chyba nikt nie przypuści, żeby to tylko rozkosze wspólne sprawiały, że im tak dziwnie dobrze byc, za wszystko na świecie, razem. Nie. Ich obojga dusze, widocznie, czegoś innego pragną, czego nie umieją w słowa ubrac, i dusza swe pragnienia przeczuwa tylko i obgaduje. I nie widzieliby co odpowiedziec mają, gdyby tak nad ich łożem Hefajstos z narzędziami stanął i zapytał: "Czego wy chcecie od siebie, ludzie?" Nie wiedzieliby, czego. Więc  gdyby znowu pytał: "Prawda, że chcecie tak się złączyc w jedno, możliwie najściślej, żebyście się ani w dzień, ani w nocy nie rozłączali? Jeżeli tego chcecie, ja was spoję i zlutuję w jedno, tak że dwojgiem będąc, jedną się staniecie istotą. I aż do skonu razem będziecie żyli, niby jeden człowiek, a potem, po wspólnej śmierci, będziecie w Hadesie nie dwojgiem istot, lecz znowu jednym cieniem. Więc patrzcie, czy tego pragniecie i czy będziecie zadowoleni, jeżeli wam się to pragnienie spełni." Gdyby to usłyszeli, z pewnością żadne by się nie wzbraniało ani by nie mówiło, że czego innego chce, ale by się każdemu po prostu zdawało, że słyszy to, do czego oboje już od dawna dążyli, do stopienia się w jedno w uściskach i ciał zespoleniu. A stąd to wszystko pochodzi, że dawna natura nasza była właśnie taka, że były z nas kiedyś skończone całości. Miłośc jest na imię temu popędowi i dążeniu do uzupełnienia siebie, do całości. Jak mówię, przedtem były z nas jedności. A teraz nas bóg za karę porozdzielał, tak jak Spartanie Arkadów. Zaczem obawa zachodzi, że jeśli nie będziemy względem bogów grzeczni, drugi raz nas gotowi poprzecinac i będziemy chodzili jak te płaskorzeźby profilowe na pomnikach przez środek nosa przerżnięte, niby te kostki dawne jako zakłady przyjaźni. Ale też dlatego każdy powinien drugiego do pobożności zachęcac, wtedy może się nam uda tego losu uniknąc, a swoją parę odnaleźc w imię Erosa i pod jego wodza. Niech mu się nikt nie sprzeciwia - a sprzeciwia mu się każdy, kto sobie bogów naraża. Musimy byc w przyjaźni, w dobrych stosunkach z bogiem, jeśli ma każdy z nas szczęśliwie znaleźc ulubieńca naprawdę do pary, co się dziś przeciez nie każdemu udaje. Tylko niech sobie ze mnie Eryksimachos nie kpi, mówiąc, że ja to piję do Pauzaniasza i Agatona. Bardzo byc może, że oni właśnie do tych szczęśliwych należą, może byc, że to i męskie natury, obydwa. Ja tylko tak ogólnie mówię i o mężczyznach, i o kobietach także, mówię, że w tym by było zawarte szczęście człowieka, w doskonałej miłości, gdyby każde z nas swego właściwego ulubieńca potrafiło znaleźc i powróciło do dawnego stanu. A jeśli to szczyt szczęścia, to na dziś dobrze się choc zbliżyc do niego i znaleźc jakiego ulubieńca do rzeczy. 
Gdybyśmy chcieli wielką pieśnią uczic boga, dawcę tego szczęścia, Erosowi powinni byśmy hymny śpiewac; my już dziś tyle jemu zawdzięczamy; on nas dzisiaj do tego ideału zbliza, on nam gorąco wierzyc każe, że jeśli tylko nie będziemy obrażali bogów, on nas przywróci do dwanego stanu, uleczy nas i obdaruje szczęściem. 
[...]